Modny Kraków

Teatr małego widza

Teatr dla dzieci

Panuje przekonanie, dosyć powszechne, że we współczesnych czasach rodzice nie mają czasu dla swoich pociech. Nie poświęcają im zbyt wiele uwagi, obowiązki wychowawcze ograniczając do włączenia bajki lub gry na komputerze. Zajęci pracą pozwalają, by dzieci wychowywały się same, nie kultywują wspólnych rozrywek, takich chociażby, jak czytanie książek czy wyjście do kina. Dlatego, odzywają się alarmujące głosy psychologów dziecięcych i socjologów, młode pokolenie nie jest przyzwyczajone do obcowania ze sztuką i wyższą kulturą.

Postanowiliśmy prześledzić, co krakowskie instytucje kultury proponują dzieciom w niedzielne przedpołudnia, czyli w czasie, który większość rodziców z całą pewnością może spędzić ze swoim maluchem, proponując mu rozrywkę bardziej interesującą, niż wspólne oglądanie telewizyjnych programów. Na „pierwszy ogień” poszła oferta teatralna. Wybraliśmy dwie propozycje.

Teatr, przez wielu uważany za przestarzały i niemodny, to sztuka wymagająca od widza, także tego najmłodszego, pewnego wysiłku intelektualnego, a więc trudna i niejednoznaczna, jakże odmienna od tego, co serwuje nam na co dzień kultura popularna! Siedząc na widowni, trzeba się zgodzić na umowność przedstawianego świata, na to, że drewniana łyżka jest królewną, a kawałek materiału staje się groźnym pasmem górskim. Nic nie jest tu dosłowne i „podane na tacy”. Trzeba uruchomić swoją wyobraźnię i dać się porwać wyczarowanej na scenie rzeczywistości. Dzieciom przychodzi to zdecydowanie łatwiej, niż nam – racjonalnie myślącym dorosłym. Dlatego teatr, mówiący językiem tak bliskim bogatej, dziecięcej imaginacji, staje się miejscem idealnym na spędzenie w nim niedzielnego przedpołudnia.

***

Najbardziej znanym w Krakowie teatrem, przygotowującym spektakle specjalnie z myślą o najmłodszych widzach, jest oczywiście Teatr Lalki, Maski i Aktora Groteska. Nie bez kozery wymieniłam pełną nazwę tej instytucji – łączenie rozmaitych form scenicznej ekspresji jest bowiem charakterystyczne dla przygotowywanych w Grotesce przedstawień, które dzięki temu stają się tak atrakcyjne nie tylko dla młodych teatromanów, ale także ich rodziców, przybywających na spektakle ze swoimi pociechami lub odwiedzających Sceną dla Dorosłych.
Podobnie dzieje się w najnowszym spektaklu, adresowanym już do maluchów, a wyreżyserowanym przez Grzegorza Kwiecińskiego. „Dokąd pędzisz, koniku?” według tekstu bułgarskiej pisarki, Rady Moskowej, to przedstawienie, które w szczególnie interesujący dla dzieci sposób łączy plan lalkowy z aktorskim. Wszyscy bohaterowie tej barwnej opowieści: Mały Konik, jego przyjaciel Chłopiec, Stary Koń oraz „czarny charakter” – Właściciel Wesołego Miasteczka są zdublowani: odgrywają ich na zmianę zarówno aktorzy, jak i animowane przez nich lalki. Dla młodego widza jest to zabieg wymagający szczególnego skupienia i percepcji, bo maluchowi często trudno zrozumieć, że tym samym konikiem raz jest bujana zabawka, a innym razem – ubrana w dżokejkę pani.

Trzeba jednak przyznać, że dla 3-, 4-latków fabuła tej historii odgrywa rolę zdecydowanie drugorzędną – dzieci zafascynowane są raczej całą oprawą przedstawienia: barwnymi kostiumami, scenicznym ruchem ułożonym przez Marzenę Biesiadecką, a przede wszystkim… świetnie wyśpiewanymi, radosnymi, pełnymi ekspresji piosenkami do muzyki Jacka Stankiewicza, w takt których podrygiwały niejedne małe nóżki, często wygodnie ulokowane na kolanach mam, gdyż z własnego fotela niewiele mogły dostrzec.

Fabuła, którą docenią z pewnością nieco starsi widzowie, nie jest specjalnie skomplikowana, za to niesie piękne przesłanie, streszczające się w słowach: przyjaźń to ogromna wartość, a dla kogoś, kto ma odwagę realizować własne marzenia, nie ma rzeczy niemożliwych. Oto Mały Konik bardzo pragnie już być dorosły, dlatego, nie słuchając przestróg ogiera, wyrusza w świat, w poszukiwaniu wolności i możliwości samostanowienia. Oczywiście naiwny źrebaczek szybko zostaje omotany przez spotkanego po drodze, demonicznego Właściciela Wesołego Miasteczka, którego strzelający w powietrzu bat wywoływał przerażenie na wielu dziecięcych twarzyczkach. Konik dobrowolnie godzi się zaprząc do karuzeli, skuszony obietnicą pędu i wolności, szybko jednak orientuje się, że został uwięziony i oszukany. Mimo rad Dużego Konia, który namawia go do zaakceptowania sytuacji i pogodzenia się z wygodnym w sumie losem, w którym za pracę i posłuszeństwo otrzymuje się żłób pełen owsa, Mały Konik pragnie się uwolnić. Z pomocą innego pracownika Wesołego Miasteczka, małego Chłopca, udaje mu się uciec i po wielu trudnych, wymagających wysiłku i wyrzeczeń przygodach, gubiąc pościg Właściciela (nie bez aktywnej pomocy widowni, pomagającej uciekinierom głośnymi krzykami i pokazywaniem wroga palcami), dociera do celu – staje się dorosłym, dojrzałym koniem.

Ta opowieść o trudnym procesie dojrzewania zachwyci z całą pewnością nie tylko dzieci, ale także wielu dorosłych. Ci ostatni docenią także fakt, że prosta scenografia autorstwa Przemysława Karwowskiego, na którą składa się drabiniasty wóz Właściciela Wesołego Miasteczka, przywodzący na myśl dryfujący po morzu statek i projekty lalek zostały zainspirowane malarstwem Tadeusza Makowieckiego, kreując na scenie rzeczywistość, przenoszącą widza w świat niebanalnych, fascynujących obrazów.

Pora na zakończenie do tej beczki miodu dorzucić – kroplę jedynie – dziegciu. Spektakl trwa dwa razy po 45 minut, z krótką przerwą. Przeznaczony jest dla najmłodszego widza, który jednak ma prawo nudzić się trochę, gdyż na scenie niewiele się dzieje – większość istotnych treści pozostaje w sferze słów, nie zawsze zrozumiałych i jasnych dla malucha. Za to nie zmienia się to, co dla niego najbardziej atrakcyjne – obrazy pozostają statyczne. Za całą scenografię służy albo materia-kurtyna, na którą rzutowane jest stado koni, albo wspomniany już wóz, albo…pusta scena. Drugie drobne zastrzeżenie – tym razem z perspektywy widza dorosłego – z całej czwórki bohaterów najbardziej „pełnokrwista”, sympatyczna i zabawna wydała mi się postać drugoplanowa: animowany przez Krzysztofa Grygiera, „charakterny” Stary Koń. Co nie zmienia faktu, że podczas niedzielnego przedstawienia cała widownia, łącznie z balkonem, pękała w szwach. Okrzyki radości i gorące, szczere brawa były jaskrawym zaprzeczeniem opinii, że rodzice nie zabierają dzieci do teatru i że teatr to instytucja przestarzała, nie potrafiąca współczesnemu widzowi zaproponować niczego interesującego.

Groteska, choć jest miejscem niewątpliwie bardzo przyjaznym dzieciom, w którym nie tylko na scenie, ale także na korytarzach czekają ulubione, bajkowe postaci, a w kawiarni, w oczekiwaniu na spektakl lub podczas antraktów, można poczytać i pooglądać kolorowe książeczki, to jednak budynek ogromny, który może początkowo napawać lekką obawą małego, co wrażliwszego widza, rozpoczynającego dopiero swoją przygodę z teatrem.

Dlatego dobrze jest może zacząć oswajanie dziecka z żywiołem scenicznym w mniej dostojnym, bardziej przytulnym i kameralnym miejscu. Takie możliwości oferuje działająca już od dwudziestu lat przy restauracji Chimera Scena pod Aniołem Stróżem, której nazwę nadali sami mali, bardzo wierni widzowie. W każdą niedzielę, punktualnie o godzinie 11, rozpoczyna się w niewielkiej sali kominkowej za każdym razem inne, ale zawsze magiczne widowisko, które gromadzi prawdziwe tłumy najmłodszych krakowian.

Również tym razem środki scenicznego wyrazu nie są może, w opinii dorosłych, nadzwyczaj efektowne – raczej proste, nieraz banalne, nie zmienia to jednak faktu, że dzieci są oczarowane możliwością tak bliskiego kontaktu ze sztuką. Siedzą na niskich ławeczkach, a często nawet na podłodze, na wygodnych poduszkach i chłoną arcyciekawe, choć stare jak świat opowieści: a to o Jasiu i Małgosi, a to o pajacyku, który miał na imię Pinokio, a to o Kopciuszku… Na tak małej przestrzeni istotne jest także to, że najmodsi widzowie bardzo często wchodzą w interakcje z aktorami, stając się przez chwilę także bohaterami wykreowanego ku ich uciesze świata. Granica między rzeczywistością realną a tą wyczarowaną, fantastyczną, znika zupełnie.

Nad całym tym światem, a właściwie połączonymi światami, niepodzielnie panuje znakomita animatorka, pani Magdalena Bednarek. Zabawia już zgromadzonych widzów, oczekujących na rozpoczęcie przedstawienia, proponując im wspólne śpiewanie piosenek i wykonywanie prostych ćwiczeń ruchowych. W trakcie spektaklu czujnym okiem wyławia z widowni „beksy”, odnosząc je w opiekuńcze ramiona równie zafascynowanych bajką matek; stoi także na straży porządku, łagodnie, aczkolwiek zdecydowanie odtransportowując co bardziej ciekawskich spektatorów z powrotem na wyznaczone im miejsce, by nie „plątali” się pod nogami aktorów, zakłócając tym samym odbiór spektaklu innym dzieciom.

Atmosfera panuje tu zupełnie inna niż w Grotesce: wyprawa do ogromnego teatru przy ulicy Skarbowej ma dla małego widza z pewnością coś z uroczystego święta, wielkiego przeżycia, podniosłej chwili, pełnej oczarowań i zdumień. Przeciwnie – na scenie przy ulicy świętej Anny, gdzie panuje raczej rodzinny, familijny nastrój domowego teatrzyku, dziecko czuć się może bardziej swobodnie, bo wszystko jest w mniejszej skali, bliższe i bardziej dostępne. To nie znaczy wcale, że uważam, iż Scena pod Aniołem Stróżem jest lepsza od Groteski bądź też na odwrót. Wcale nie! Sądzę za to, że to cudownie, iż rodzice mogą wybierać między wizytą w ogromnym teatrze a spędzeniem przedpołudnia na małej scence. A to przecież jedynie maleńki wycinek spośród wszelkich krakowskich propozycji dla najmłodszych widzów. Nie możemy zapominać także o innych teatrzykach, działających chociażby przy domach Kultury, czy o zainaugurowanym niedawno w nowohuckiej Łaźni Nowej cyklu Bajkowe Niedziele!

Należy się tylko cieszyć z tej rozmaitości i z bogactwa krakowskiej oferty teatralnej, przeznaczonej dla najmłodszego widza. A także z tego, że cieszy się ona zainteresowaniem i zaufaniem bardzo licznego grona rodziców, którzy umożliwiają swoim pociechom w niedzielne przedpołudnia obcowanie ze scenicznymi widowiskami. Zachęcam do tego gorąco także Państwa. Radzę jednak zaopatrzyć się w bilety znacznie wcześniej, w przedsprzedaży. W dniu przedstawienia bowiem zarówno w Grotesce, jak i w Chimerze miejsc wolnych najczęściej już brak!

Magdalena Wróbel
fot. Piotr Kędzierski

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o