Modny Kraków

Najpiękniejsza góra świata

Leszek Cichy - fot. archiwum prywatne

W tym roku minęła trzydziesta pierwsza rocznica zimowego zdobycia najwyższej góry świata. Czy po tylu latach celebruje Pan to choćby symbolicznie?
Zawsze z tej okazji wymieniam telefon z Krzyśkiem (Wielickim, z którym wspólnie zdobyli szczyt – przyp. autor). Czasem przy okrągłych rocznicach zadzwonią dziennikarze. Zawsze pamięta o tym radiowa Trójka. I ja zawsze symboliczną lampkę wina wychylę.

Strzela korek od Sowietskoje Igristoje, tak jak w roku 1980?
O nie, a wtedy niestety były plastikowe (śmiech).

Rok temu powiedział mi Pan w wywiadzie, że jest w stanie odtworzyć w pamięci praktycznie każdy dzień z tej trzymiesięcznej wyprawy. Czy jest jednak to wyjątkowe wspomnienie, jeden dzień, który najczęściej pojawia się w myślach?
To mozaika obrazów. Wesołych lub bardziej smutnych. Najczęściej związanych z ludźmi i ich reakcjami. Kolejne wejścia, choroby członków ekspedycji. Być może dominującym wrażeniem jest zespołowość tej wyprawy. Każdy chciał, żeby wszedł ktokolwiek. Świetnie widać to w ostatniej scenie filmu – wszyscy się cieszą. Niewątpliwie ta wyprawa była wspólnym dokonaniem całej ekipy.

W dobie postępującej komercjalizacji, możliwości wynajęcia przewodnika, który pomoże zdobyć szczyt, wciąż zaledwie 7 osób zdobyło Everest zimą. Czy tylko przejmujące zimno sprawia, że himalaizm zimowy jest tak trudny?
Najgorszy jest bardzo silny wiatr. Nawet laik zdaje sobie sprawę, że istnieje temperatura nominalna i odczuwalna związana z wilgotnością powietrza i siłą wiatru. -40oC przy bezwietrznej pogodzie i suchym powietrzu to nie jest nic specjalnie trudnego, natomiast przy bardzo silnym wietrze… W filmie są sceny, na których widać, że fizycznie nie możemy pokonać bariery wiatru. Na dodatek wiał nam z góry prosto w twarz…

Czy to jest również największy problem podczas wypraw na Mount Vinson na Antarktydzie i Gunnbjorns Fjeld na Grenlandii?
Nie, gdyż tam wyjeżdża się zazwyczaj latem. To nie były trudne wyprawy, ale po pierwsze bardzo kosztowne, a po drugie – rzadko jest tam dobra pogoda. Podczas wyjazdu na Vinsona wpłaciliśmy 25 000 dolarów, co jest astronomiczną kwotą – można by za to zorganizować 20-osobową wyprawę na Everest w tamtych czasach – a na trzynastej stronie umowy znajdujemy, że „zła pogoda nie jest powodem do zwrotu pieniędzy”. Polecieliśmy do Chile i w Punta Arenas czekaliśmy 6 dni na lot na Antarktydę. W kontrakcie było zapisane, że możemy czekać do 7 dni…

Wyjątkowe szczęście.
Jeden dzień i wracalibyśmy do domu z niczym. Wyprawy na Antarktydę i w Arktykę mają jeszcze jedną wspólną cechę. Oddalenie od ludzi. Jedynym objawem cywilizacji w głębi Grenlandii są wysoko przelatujące samoloty. Nie ma zwierząt, roślinności, glonów, mchów… Nic. Cudowne miejsce dla alergików.

To chyba zupełnie odwrotnie niż na Papui-Nowej Gwinei. Pomijając fakt, że równie trudne ze względów logistycznych.
Tak, są tam skomplikowane układy polityczne, dżungla, choroby. To jednak pokazuje, jak pięknym projektem jest „Seven Summits” czy jak się czasem liczy dziewięć, a z Grenlandią dziesięć szczytów czyli Korona Ziemi. Każdy jest inny, leży w innym rejonie świata, ma inny nastrój, wyprawa ma inny klimat. Umożliwia to poznanie bogactwa Ziemi. To jak nakłucia szpilką w różnych miejscach planety…

Czy ma Pan wybitnie ulubioną górę, na którą wchodził wiele razy i chętnie powraca?
Najwięcej razy byłem na Kilimandżaro. Wchodziłem tam z różnymi grupami ponad 15 razy. Dla mnie to już nie jest emocja wchodzenia, ale żyję emocjami ludzi. Staram się przekazać im swoją kulturę bycia w górach, szacunek do gór, umiejętność zachowania, motywacji. Wymyśliłem sobie metodę nagrodową, choć po przeczytaniu kilku książek psychologicznych zdałem sobie sprawę, że odkryłem coś znanego od dawna (śmiech). Krótko mówiąc, każę im wyobrazić sobie nagrodę, materialną lub nie-, którą chcieliby otrzymać za wejście. Gdy ją sobie zakodują, znacznie trudniej jest zrezygnować. I sprawdza się.

A czy Pan ma jakąś nagrodę dla siebie? Górę, którą chciałby zdobyć lub wrócić? Everest?
Everest, ale od strony tybetańskiej. W zeszłym roku robiłem korektę książki Archera o Mallory’m („Ścieżki chwały” Jeffrey’a Archera opowiadają historię George’a Mallory’ego, legendarnego alpinisty brytyjskiego, domniemanego zdobywcy Everestu przed Edmundem Hillarym – przyp. autor). To sfabularyzowana biografia, w której Mallory zdobywa szczyt. Muszę przyznać, że droga od strony Tybetu – korzystało z niej dziewięć pierwszych angielskich wypraw jeszcze przed wojną i dwie po wojnie, gdyż Nepal był niedostępny – jest trochę trudniejsza i przede wszystkim owiana legendą. Każdy punkt, każdy kamień, każde charakterystyczne miejsce ma swoją historię. Kto je zdobył, kto pokonał jako pierwszy, w którym roku… Takie spotkanie z legendą mogłoby być ciekawe.

Klub Podróżników Śródziemie, który gości Pana już po raz trzeci – tym razem w Piwnicy pod Baranami – organizuje trzecią edycję konkursu na najpiękniejszą górę świata, w którym jest Pan jednym z jurorów. Piotr Pustelnik zapytany przeze mnie o to miano, już po zdobyciu Annapurny, stwierdził kategorycznie: K2. A dla Pana?
To zależy od nastroju, od światła. Widziałem choćby piękne zdjęcia zachodniej ściany Aconcaguy czy fotografie zachodu słońca zrobione właśnie z tego szczytu. Gotowa wystawa kilkudziesięciu zdjęć. K2 istotnie jest fantastyczna ze względu na swój majestat. Wyniosła, potężna, niedostępna piramida… Wspaniały jest alpejski Matterhorn. O K2 przecież mówi się, że to Matterhorn Himalajów. Kolejna piękna góra to Alpamayo. Teraz może już trochę mniej, gdyż mniej wycyzelowane stały się jej lodowe rzeźby. Przy współczesnej łatwości robienia zdjęć, doskonałych aparatach, możliwościach obróbki konkurs powinien właściwie nazywać się „najpiękniejsze zdjęcie górskie”.

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia ponownie w Krakowie.

Rozmawiał Paweł Zając

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o