Modny Kraków

Mistrz nastroju

fot. Michał Korta

Michał Korta jest jednym z najciekawszych krakowskich fotografów młodego pokolenia. Bohaterowie jego portretów ukazują swoje prawdziwe oblicza, bez znaczenia czy to wybitny muzyk, początkujący pisarz czy prosty pasterz. Talent do ukazywania emocji zaowocował serią znakomitych fotografii z samotnej podróży po Uzbekistanie.

Powinienem spytać na początek: jakie zdjęcie jest dobre?
Czasami zastanawiam się czy istnieją kategorie fotografii. Podróżnicza, portretowa, komercyjna, taka czy inna. Może jest tylko dobra i zła? Taka, przy której zatrzymujesz się na dłużej i taka, która przez Ciebie przelatuje.

Irving Penn, jeden z fotografów, których wymieniasz wśród swoich największych inspiracji, powiedział, że „dobra fotografia stwierdza fakt, porusza serce i zmienia odbiorcę”. Przy portretach też?
Zwłaszcza przy portretach. Portret jest wyjątkowo emocjonalnym rodzajem fotografii. Jeśli czujesz zdjęcie, to zatrzymujesz się przy nim na dłużej i nic więcej się nie liczy. Penn, jeden z moich największych mistrzów, robił właśnie takie zdjęcia. Tworzył mocne portrety, które funkcjonują we współczesnym świecie, nie zawsze kojarzone z nazwiskiem autora. Na przykład słynny portret Picassa w kapeluszu.

W każdym Twoim biogramie zaraz po określeniu „fotograf” widnieje również „podróżnik”.
Kilka projektów, które zrobiłem, faktycznie wiązało się z podróżowaniem, ale na pewno nie czuję się podróżnikiem. Podziwiam ludzi, którzy mają odwagę rzucić wszystko i wyruszyć w podróż bez planowanego końca. Mi po prostu raz na jakiś czas udaje się spakować plecak i na parę tygodni gdzieś pojechać.

Najpierw jest pomysł na projekt fotograficzny czy podróż sama w sobie?
Pomysł, żeby jechać do krajów byłego ZSRR pojawił się w mojej głowie dawno, dużo wcześniej niż myśl o projekcie fotograficznym. Najpierw pojechałem do Gruzji i Azerbejdżanu. Objechałem je na rowerze, zacząłem dużo czytać i stwierdziłem, że to fantastyczne, mało znane rejony. Bywałem wcześniej w super turystycznych miejscach, w Grecji czy Kenii, gdzie oczywiście można znaleźć wyjątkowe rzeczy, ale mieszkanie w hotelu i spędzanie wakacji na plaży nie sprawia mi przyjemności. W podróżach szukam czegoś zupełnie innego. Kiedy jadę gdzieś na miesiąc, to ważny dla mnie jest nie tylko odpoczynek, ale też ilość wrażeń skłaniających do przemyśleń, inspirujących, prowokujących nowe pomysły, na przykład na projekty fotograficzne. Ważni są napotkani tam ludzie, rytm jaki panuje w danym miejscu.

Czyli pierwsza była idea – Kazachowie czy miejsce – Uzbekistan?
Jedynym planem była Azja Centralna. Brałem pod uwagę również Kazachstan czy Tadżykistan, ale zafascynowały mnie nazwy: Samarkanda, Buchara… Sprawdziłem loty i padło na Uzbekistan. Spędziłem tam miesiąc, był moim celem, a nie przystankiem po drodze. Większość osób, które tam spotkałem wpadało do kilku miejsc i jechali dalej. Ja się tam zatopiłem. Piłem z Ruskimi, poznałem Kazachów. Znalazłem ich zresztą przypadkiem: w mieście Nukus poznałem doktora ekonomii, który opowiedział mi, że na północy kraju jeszcze powinni mieszkać nomadzi. Pojechałem w ciemno. Na jednym z podwórek najpierw zobaczyłem jurtę przed domem. Dowiedziałem się, że jest tam więcej Kazachów, którzy są potomkami koczowników, ale w zasadzie nie mają już wiele wspólnego z tym trybem życia. I tak się potoczyło… Zostałem tam kilka dni. Taki rodzaj podróżowania lubię najbardziej.

Jak w ogóle doszło do tego, że „Kazachowie z konia zeszli”?
W Kenii wymyśliłem projekt o ludach koczowniczych, który bardzo chciałbym zrealizować. Mam jego konkretną wizję, ale jest dosyć kosztowna i czasochłonna, więc na razie tkwi w uśpieniu. Gdy jednak wpadam na pasujący do tego projektu trop, podążam za nim. Zdjęcia z Kenii i Uzbekistanu to w zasadzie tylko notatki do niego, choć żyjące własnym życiem. Gdybym chciał ściśle trzymać się planu, musiałbym wrócić do Masajów i Kazachów i sfotografować ich jeszcze raz jednolicie. I inne ludy w Australii, Azji, Afryce.
Ciągle mam też nowe pomysły i często ciężko jest mi określić priorytety, skończyć jeden projekt, zanim zacznę nowy. Teraz chciałbym zrobić plenerową wystawę zdjęć wielkoformatowych z Uzbekistanu i pokazać je na ścianach, murach w Krakowie. Mam na myśli 10-15 portretów formatu dużego okna… Aktualnie szukam odpowiedniej ściany.

Zdjęcia Bartka Koczenasza z cyklu „Smiley Planet” można było oglądać na budynkach JCC na Miodowej i Lingualand na Karmelickiej.
Tak, kojarzę. To rzecz jasna nie jest nowy pomysł. Francuski fotograf o pseudonimie JR drukował wielkie billboardy z czarno-białymi emocjonalnymi portretami ludzi, umieszczał je na fasadach budynków i fotografował z lotu ptaka. Całość musiała robić niezwykłe wrażenie, na mnie takie wywarła, choć efekt oglądałem tylko na zdjęciach.
Ja mam na razie zielone światło na wykorzystanie muru stadionu w mojej rodzinnej Bochni, ale szukam miejsca w Krakowie. Chciałbym, żeby to żyło swoim życiem. Zdjęcia będzie można oglądać przejeżdżając samochodem obok, bez wysiadania; ktoś dopisze „CHWDP”, ktoś dorysuje wąsy…Na to na pewno możesz liczyć.
Zależy mi na interakcji. Na co dzień zajmuję się fotografią komercyjną. Czasami robię zdjęcia, którymi nie mam ochoty się chwalić. Nie miałem wpływu na efekt końcowy, moim zadaniem było tylko zrealizowanie czyjegoś pomysłu. Fotografowanie dla pieniędzy wiąże się z kompromisami, zgodą na coś, co niekoniecznie mi się podoba i sam bym tego nigdy tak nie zrobił.
Czasem ludzie mówią mi: „Ale masz fajnie. Pasję uczyniłeś zawodem”. To jednak nie do końca tak wygląda. Fotografia to mój zawód, więc nie zawsze robię takie zdjęcia, jakie bym chciał. To jest trudne i często męczące. Mógłbym wręcz powiedzieć: jeśli chcesz zabić swoją pasję, zrób z niej zawód. Choć oczywiście z komercyjnego fotografowania wynika mnóstwo fajnych rzeczy, jak chociażby spotkania z ciekawymi ludźmi.

Projekty fotograficzno-podróżnicze traktujesz więc jako odskocznię?
Zdecydowanie. Potrzebuję ich dla zachowania równowagi. To moje projekty od początku do końca. Zdjęcia komercyjne w jakiś sposób odebrały mi radość fotografowania. Kiedyś najmniejsza fascynacja wystarczyła mi do zrobienia zdjęcia bez zastanowienia, intuicyjnie. Dziś przed sesją myślę o niej dwa tygodnie wcześniej, planuję, konsultuję z klientem. Efekt oczywiście nie jest zły, ale nie przedstawia mojego punktu widzenia świata. Te zdjęcia cechuje całkowity brak spontaniczności w odróżnieniu od osobistych projektów, w których wracam do korzeni fotografii, jej prostoty i zachwytu tym, co spotkam po drodze, jak w „Koczownikach” i innych fotografiach robionych w podróży.
„Anglicy w Krakowie” i „Młodzi kreatywni” to jeszcze inna historia. W nich nie ma ograniczeń, tworzą neverending story. Ostatnio spotkałem się ze znajomym pisarzem – Kanadyjczykiem i zrobiłem mu portret. Teraz mogę mieć 2 miesiące przerwy, aż kolejny pomysł dojrzeje i znów wrócę do cyklu.

Bardzo lubię „Anglików w Krakowie”. To cykl zabawny – Nevski fenomenalny!, zaskakujący i niezwykle pomysłowo odkrywa cechy charakteru bohaterów.
Dziękuję. Ten projekt sprawia mi dużą przyjemność. Z Normana Daviesa nie jestem zadowolony. To świadomy, poważny profesor i chyba nie umiałem go sprowokować do zrobienia czegoś szalonego. Trudno przecież oczekiwać, że stanie na głowie.
Bardzo chciałbym umieścić w tym projekcie Nigela Kennedy’ego, ale chyba mam pecha. Kontaktowałem się już z trzema jego menadżerami, każdy z nich mówił, że już nie jest jego menadżerem i dawał namiary na następnego.

Opisując ten cykl, mówisz, że starałeś się w rozmowach z portretowanymi znaleźć punkt zaczepienia, słowo, frazę, symbol. Jak wyglądałoby zdjęcie i podpis pod Kortą?
Musiałbym przeprowadzić ze sobą wywiad. Nie mam pojęcia. (długie zastanowienie) Przychodzi mi do głowy portret z rozmytą głową, niedookreślony.

Portretowałeś Mariana Kociniaka, Tomasza Stańko, Magdę Piekorz. Czy znane osoby fotografuje się trudniej? Jak ciężko przełamać schemat skojarzeń typu Stańko-trąbka?
To nie ma znaczenia. Ważny jest pomysł i nastrój portretowanego: jego nastawienie, czy chce ze mną współpracować, czy sesję traktuje jak obowiązek. Czasem ktoś jest zmęczony, czasem ma tylko 15 minut, a inna osoba – do tego samego magazynu – 8 godzin. Mamy wtedy czas, żeby wypić kawę, porozmawiać, zastanowić się, pomyśleć, pojechać w różne miejsca. Często to właśnie fotograf musi stworzyć atmosferę, znaleźć płaszczyznę porozumienia, zadbać o jak największy komfort wspólnej pracy.

Z kim najmilej wspominasz współpracę?
Z Magdą Piekorz pracowało mi się naprawdę dobrze. Była otwarta na moje sugestie i jednocześnie miała dużo swoich pomysłów.

Jaką osobę z wielkiego świata chciałbyś sportretować?
Wiele jest takich. (długie zastanowienie) Bardzo interesują mnie pisarze, większość z nich jest mało medialna, co jest pewnego rodzaju wyzwaniem. Szymborską chyba bałbym się fotografować, choć z przyjemnością bym ją poznał. Chciałbym „zmierzyć się” z twarzą George’a Clooney’a. Super hollywoodzki, intrygujący bohater. Albo Klaus Kinsky – gdyby jeszcze żył.

Bardzo charakterystyczna twarz.
Tak. (po chwili) Chciałbym też zrobić portret Polańskiemu. Ma mocny charakter, jest kontrowersyjną postacią i genialnym reżyserem.
Fotografia portretowa jest dla mnie ciągłym wyzwaniem, cały czas się uczę, poszukuję swojego stylu. Coraz mniej kombinuję, upraszczam, eliminuję dodatki i moje portrety są coraz prostsze. A może tylko mi się tak wydaje?

Rozmawiał Paweł Zając

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o