Modny Kraków

Misia i przyjaciele

Zespół Tres.b - fot. Jacek Dyląg

Urodziła się w Zielonej Górze w rodzinie o łemkowskich korzeniach, wychowała w Warszawie. Mieszkała w Aarhus, Kopenhadze, Maastricht i Amsterdamie, by wrócić do stolicy Polski. Projektowała plakaty i strony internetowe, pracowała jako kelnerka, omiatała z muzealnego kurzu prace Andy’ego Warhola, jest dziennikarką. Najważniejszy jest jednak zespół, w którym śpiewa i gra na basie w kształcie motyla. Grupa nazywa się très.b, a ona Michalina Furtak. Misia.

Ciepłe słońce, soczysta zieleń, pachnąca ziemia. W powietrzu zderzają się elektrony miłości, protony przyjaźni i neutrony muzyki. Kraków. Maj. Juwenalia. Zespół: perkusista Tom z kilkudniowym zarostem, blondyn Olivier i czarnowłosa Misia.

Ostatnim razem spotkaliśmy się na 1120 m n.p.m. w schronisku na Głodówce na najwyżej położonej scenie w Polsce. Przy ładnej pogodzie przez okno rozpościera się tu jedna z najpiękniejszych panoram Tatr. 76-kilometrowy łańcuch poszarpanych szczytów. Wtedy już nic nie było widać. Zapadł zmrok i padał śnieg. W kącie stał wypchany niedźwiedź. Ludzie grzali się herbatą. Miejsce wyjątkowo nietypowe jak na koncert.

Misia miała na sobie granatową kamizelkę z błyszczącymi cekinami i czerwoną sukienkę. – Chyba nie graliśmy w żadnym równie wyjątkowym miejscu… W Holandii i Danii poza tym nie ma gór (śmiech). Zdarzyło nam się zagrać w kościele, ale to obecnie nic niezwykłego. W Sanoku wystąpiliśmy w skansenie wśród drewnianych budynków i cerkwi.

To dla Misi rodzaj powrotu do korzeni. W jej żyłach płynie łemkowska krew. – Moi dziadkowie zostali przesiedleni w akcji Wisła. Ja urodziłam się już w Zielonej Górze. Miło wspominam wyjścia do grekokatolickiej cerkwi. Malutka wioska w górach, w ławach zasiadają wiekowe babuleńki, które bez żadnego umawiania się znają swoje partie i po prostu zaczynają śpiewać na cztery głosy. Harmonizowanie śpiewania jest czymś, co przemyciłam do naszych piosenek.

I Shula czyli początek
Od tamtych czasów muzyka jest cały czas obecna w jej życiu. Uczyła się grać na skrzypcach, pianinie i flecie, do czasu gdy zdała sobie sprawę, że klasyczny system nauczania nie jest dla niej. Jeszcze w Zielonej Górze napisała teksty i nagrała wokale do projektu „Glorybox” utrzymanego w klimacie trip-hopu i downtempo. Szweda Fredrika Johanssona, który wysyłał jej podkłady przez internet, nigdy nie poznała.
Chodziła do grupy teatralnej przy Teatrze Ochoty w Warszawie, a w projekcie warszawskiego Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę” opłynęła Danię żaglowcem. Spodobało jej się na tyle, by wyjechać do Aarhus do hojskole – półrocznej szkoły będącej etapem przejściowym między liceum a studiami. To była typowa szkoła artystyczna z kursami muzycznymi, pisarskimi, teatralnymi, fotograficznymi czy rzeźbiarskimi. Tam poznała Toma i Oliviera.

Od jesieni 2004 roku tworzą muzyczno-rodzinny trójkąt. Mieszkali pokój w pokój na kampusie w Aarhus, potem razem na 12m2 w Kopenhadze i na dwóch materacach w salonie kolegi w Maastricht aż wreszcie znaleźli dom z garażem, który przysposobili na salę prób. W nim nagrali album „Scylla and Charybdis”. Po 3 latach przenieśli się do Amsterdamu, a w samej stolicy Holandii przeprowadzali się jeszcze kilka razy. Dopiero od końca września 2010 r., pierwszy raz od wielu lat, mieszkają zupełnie osobno. W Warszawie.
– I tak na pewno nie gralibyśmy innego gatunku muzyki. Staliśmy się rodziną, w której niewiele dzieli jej członków. Scementowało nas to jako zespół, ale nie miało raczej wpływu na sposób, w jaki piszemy piosenki, ale w jaki ze sobą pracujemy – Misia komentuje wpływ wspólnego mieszkania na proces tworzenia. – W Aarhus byliśmy „tymi z zewnątrz”. Nie-Duńczykami. To nas do siebie przyciągnęło – dodaje.

Wspólne granie rozpoczęli od coveru utworu „Who the fuck” z repertuaru PJ Harvey. Szerzej zaistnieli bardzo nastrojowym, mrocznym utworem „I Shula”. Utwór w zasadzie nie ma tekstu, a Misia niezrozumiale w nim mamrocze. Jej głos i silne emocje okazały się wystarczające.

Być jak David Bowie
„I Shula” nie znajduje się w koncertowym repertuarze très.b. Mruczenie Misi można usłyszeć jednak chociażby w „Devourer”. Ma ciepły, delikatny, wibrujący głos. Tworzy wyjątkowy nastrój niezależnie od tego czy śpiewa, mruczy, wzdycha, czy zabrzmi drapieżniej. Magazyny muzyczne nazwały ją połączeniem Björk i PJ Harvey – tej, od której wszystko się zaczęło. Ona sama słucha jednak głównie facetów.
– David Bowie – więcej wyjaśnień nie otrzymuję. Po chwili zastanowienia jednak Misia dodaje: – Mój ulubiony album 2010 to „High Violet” The National, bardzo dużo tego słuchałam. Oprócz tego Arcade Fire, Local Natives, Owen Pallett, Women, Darwin Deez, Radiohead, The Smiths, Ariel Pink, Beach Fossils, The Black Keys, Bob Dylan; widzisz, że sami faceci? Mogłabym tak jeszcze przez chwilę wymieniać.

W świecie muzycznym funkcjonuje jeszcze jedna Misia, wokalistka portugalska. – Fado to piękna muzyka, ale słucham jej raczej okazjonalnie. Bardzo lubię Madredeus i film „Lisbon Story” Wendersa. – mówi artystka. Wśród reżyserów najbardziej ceni jednak Wesa Andersona, twórcę „Genialnego klanu” i „Fantastycznego Pana Lisa”. Uwielbia teledyski i filmy Spike’a Jonze’a i Michela Gondry’ego. Interesuje się też modą i sztukami wizualnymi. – Moje ulubione zakupy to pchle targi – mówi. – Takie szlajanie się bywa bardzo męczące, ale satysfakcja ze znalezienia czegoś niezwykłego jest bezcenna. Mam też kilka ulubionych marek, głównie skandynawskich i angielskich.

Pracę magisterską napisała o wideoklipie jako sztuce i narzędziu marketingowym. Z pomocą zespołu i kilkorga przyjaciół wyreżyserowała klip do singla „Orange, Apple” z nowej płyty „The Other Hand”, w którym très.b pływa amsterdamskimi kanałami i puszcza latawce nad morzem. Trójka szczęśliwych, młodych ludzi w najweselszej piosence z albumu. Cała płyta jest zresztą bardzo pogodna, zwłaszcza w porównaniu z poprzednim wydawnictwem.
– Szczerze nie wiem, jak to się stało, chyba podświadomie napisaliśmy tak pogodne piosenki. Nasza praca była okupiona dużą ilością stresu, poświęconego czasu i mocnych przeżyć. To nawet dobrze, że pomimo tego wyszedł nam dość radosny album – tłumaczy.
The Other Hand” pojawiła się na rynku we wrześniu ubiegłego roku. „Album światowej klasy” – Machina, „Wydarzenie jesieni” – Wprost, „Album, który MUSISZ mieć” – Onet.pl, „Świetny debiut” – Przekrój. Misia traktuje to jako dobry początek drogi: – Jesteśmy 3 miesiące po premierze płyty, zebraliśmy pozytywne recenzje, ludzie przychodzą na nasze koncerty, co już jest sukcesem, bo publiczność ma coraz większy wybór i naprawdę trudno ich byle czym zadowolić. Kupują też płyty, choć dla większości jest to nasz pierwszy album.
Wcześniejsze wydawnictwo, „Scylla and Charybdis” poza kilkuset kopiami, które zespół sprzedał przy okazji koncertów w Polsce, nie było u nas dostępne.

Kolorowy motyl i bańki
Istotnie, niewiele osób wie, że très.b występuje w Polsce już od ponad trzech lat. Grali na OFF Festiwal, koncertowali z Hey, Pustkami i Muchami. W najbliższym czasie mają szansę stać się rozpoznawalni. Teraz ludzie kojarzą ich najczęściej z gitarą basową w kształcie motyla, na której gra Misia i bańkami, czasem puszczanymi na koncertach. Wokalistka nie obawia się jednak, że dodatkowe elementy mogą odwrócić uwagę od samej muzyki.
– Dobrze, jeśli publiczność będzie kojarzyć nas z którymkolwiek z elementów koncertu. Takie uproszczenia są zupełnie naturalne. Bańki pasowały nam do jednej piosenki, której teraz już nie gramy, a tym samym na koncertach już ich nie ma. Mój bas natomiast nie jest ozdobą i rekwizytem tylko praktycznym narzędziem. Gram na nim, bo mam zbyt małe dłonie, by poradzić sobie z wielkimi basami i dodatkowo jest lekki – wyjaśnia. Misia nie myśli jednak o sobie jako śpiewającej basistce. – Lubię Melissę auf der Maur, ale nigdy nie widziałam jej na żywo i nie słuchałam dużo Smashing Pumpkins. Chłopcom bardzo się podoba – śmieje się. I to jest kolejny powód, który może przyciągać publiczność na koncerty très.b. Misia to wyjątkowo piękna kobieta. Cat Power czy Zooey Deschanel to uzasadnione skojarzenia.

Zespół jest moim domem
Po siedmiu latach za granicą Misia odkrywa Warszawę na nowo i cieszy się koncertami. – To tak, jakbym przeprowadziła się po raz kolejny do innego miasta i innego kraju, z tą różnicą, że znam język. Dużo się zmieniło. Gdy chodziłam do szkoły, nie było modnych sklepów, hipermarketów, tylu klubów i imprez – wymienia.
– Często myślę o miejscach, w których wcześniej mieszkałam. Kiedy byłam w Maastricht, tęskniłam za Warszawą. Kopenhaga jest bardzo piękna, ale ludzie bywają zamknięci. Gdy przebije się jednak przez pewien mur, to można znaleźć wspaniałych przyjaciół. W Warszawie brakuje mi Amsterdamu, który uwielbiam, do którego zawsze chętnie wracam, a kiedyś może przeniosę się na stałe, chociaż kiedy mieszkałam w stolicy Holandi, snułam plany przeprowadzki do Berlina. To chyba trochę myślenie typu „lepiej jest tam, gdzie nas nie ma”.

Brak własnego miejsca na ziemi jest jedną z niewielu rzeczy, które ją męczą. – Jesteśmy w pewnym sensie zespołem znikąd. Tom urodził się w Luksemburgu, jego mama jest Dunką, a tata Anglikiem; rodzice Oliviera są Holendrami, urodził się w USA, a wychowywał w Luksemburgu. Ja jestem Polką, o korzeniach łemkowskich, która najpierw przeprowadzała się wewnątrz Polski, a potem przez siedem lat po Europie. Teraz mieszkamy w Warszawie, ale nie jesteśmy zespołem polskim, w Holandii nie jesteśmy zespołem holenderskim, a w Danii – duńskim. Nawet, kiedy znajdziemy dla siebie miejsce w polskiej scenie muzycznej, to i tak nigdy nie będziemy „stąd”. Ktoś kiedyś napisał, że to jest tak, jakbyśmy byli „muzycznymi nomadami”. To dobre porównanie – mówi. Może właśnie stąd na obu płytach très.b słychać tyle melancholii, chociaż w równej mierze wypełnia je energia, radość i zabawa. I bez znaczenia czy nazwiemy ich muzykę melancholijnym popem czy indie rockiem, warto jej posłuchać. Gdyby byli zespołem „czysto polskim”, okrzyknięto by ich zapewne objawieniem i rewolucją. Na Zachodzie są tylko jednymi z wielu, choć mają wyjątkowy skarb. Misię i jej głos. To przepustka do sukcesu.

tekst: Paweł Zając
zdjęcia: Jacek Dyląg

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o