Modny Kraków

Dzieje upadku rodziny

Buddenbrookowie

Klucz do zrozumienia współczesności kryje się w meandrach XIX wieku. Czy potrafimy z niego skorzystać?

O talencie mówi się niekiedy, że jest darem Bożym. Małe talenty, zdolności – powiedzielibyśmy, nie noszą w sobie znamion pozaziemskiego pochodzenia, wielkie – przeciwnie: w ich przypadku trudno uwierzyć, że są czymś realnym. A jednak istnieją, tak jak zaistniał niesłychany wręcz literacki talent Tomasza Manna. Gdy myślę o jego monumentalnej powieści „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny” przypomina mi się odruchowo Sándor Márai i jego powieść „Pierwsza miłość”. Dwie różne, poruszające powieści, z których jedną napisał 22 letni chłopak, a drugą nieco starszy literat – bo 28 letni. W przypadku Manna był to utwór trzeci (pierwszy napisał mając lat 19), w przypadku Máraiego pierwszy. I niech mi ktoś spróbuje wmówić, że ta młodzież (starzec do was mówi, wolno mi) wykształciła sama z siebie taką nieprawdopodobną przenikliwość, zdolności analityczne i ów dar opowiadania historii, które przykuwają uwagę czytelnika od pierwszej do ostatniej strony. Gdy ktoś, tak jak oni, widzi więcej, rozumie więcej, potrafi nazwać i opisać tak wiele to musi być podszept siły wyższej, który sam pióro układa w zdania i konkluzje, jakie do głowy nie przychodzą większości ludzi nawet po przeżyciu całego, długiego życia. A żeby tak zaledwie po przekroczeniu progu trzeciej dekady na tym łez padole? Niemożliwe! Ktoś ma ten dar, a ktoś inny go nie ma. Tomasz Mann go miał i dzisiaj Wam o tym opowiem.

Gdy biznes jest religią
„Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny” to stara książka, opublikowana w 1901 roku (a zatem gdy autor osiągnął już sędziwy wiek 26 lat). Dlaczego czym dalej od jej powstania tym bardziej ona jest o nas? Mann przedstawił czytelnikom sagę kupieckiej rodziny Buddenbrooków z niemieckiego miasta Lubeki. Wielopokoleniowa familia dorobiła się fortuny na handlu zbożem, którym w dalszym ciągu się zajmuje. Ojciec rodziny Jan, widzi świetlaną przyszłość firmy w rękach trójki swoich dzieci: Tomasza, Krystiana i córki Antonii. Już sam tytuł zapowiada, że obserwowanie takiego rozwoju sytuacji nie będzie mu dane. Zanim jednak tytułowy, a nieuchronny upadek nastąpi, czytelnik jak również widz udanej (i wiernej) adaptacji filmowej powieści pochodzącej z 2009 roku, przyglądać się będzie rodzinie funkcjonującej wokół pieniądza i na jego służbie. Pieniądza, który daje społeczne poważanie i przekłada się na eksponowane stanowiska. Czy jednak całkowita symbioza rodziny i firmy to rozwiązanie, które na dłuższą metę może przysporzyć pożytków? Albo, czy nestorzy handlowej dynastii mogą mieć szczególny dar sprowadzania na świat potomków o zdolnościach biznesowych równych umiejętnościom nich samych? Tudzież, czy potrafią wychować dzieci na swe wierne kopie, które z czasem przejmą biznes i będą prowadzić go drogą nieustających sukcesów, opartych na znamienitej przeszłości? Kogo interesuje pogląd Manna na te kwestie, ten znajdzie go w licznych symbolach
i motywach zawartych w powieści.

Są one jednak z oczywistych przyczyn przypisane realiom XIX wieku i oddają celnie atmosferę niemieckiego mieszczaństwa tego okresu. Przed rozpoczęciem pracy nad książką Mann przeprowadzał różne badania, by opisać z dużą dokładnością życie codzienne w XIX-wiecznej Lubece, podjął także, ze naciskiem na detale, także przyziemne aspekty życia bohaterów powieści. Zwłaszcza jego kuzyn Marty dostarczał mu dużo informacji o ekonomii Lubeki, cenach zboża i finansowym upadku miasta. Sam autor przeprowadzał liczne analizy dotyczące ówczesnej sytuacji ekonomicznej i opisał ją w książce z pietyzmem. Zabiegi te przyniosły rezultat w postaci znakomitego dzieła balansującego pomiędzy realizmem, a symbolizmem, które w samej już warstwie literackiej stanowi nie lada kąsek. Zarówno literacki pierwowzór Manna jak i wierna filmowa adaptacja, której reżyserem jest Heinrich Breloer przypominają, że nic w życiu nie jest dane na zawsze o czym przekonujemy się wraz z powolnym acz systematycznie postępującym schyłkiem rodu. Wszystko to jest bez mała interesujące, mnie jednak pociąga przede wszystkim odczytanie „Buddenbrooków” na nowo. Nie w kontekście wieku XIX, ale XXI. Bo ten tekst stanowi dla mnie klucz do naszych czasów, czego autor raczej nie zaplanował.

Gdy życie staje się biznesem
Żyjemy w czasach gdy sukcesowi na rynku pracy i sukcesowi w ogóle podporządkowane jest wszystko. Wszystko. Nie umiejące jeszcze dobrze chodzić dzieci rodzice zapisują na lekcje języków obcych, czterolatki gnają na wszystkie modne zajęcia podpowiadane z wszystkowiedzącego telewizora, a dziesięciolatki zapędzają do kieratów zajęć dodatkowych, sportów, nadprogramowych szkółek i klubów, które zamieniają dzieciństwo w tryb pracy chińskiej fabryki. Wszystko to przecież z myślą o przyszłości. Przyszłości, która dziś mówi: tyle jesteś wart ile zarabiasz. Zarabiasz tyle, na ile zostaną wycenione twoje liczne dyplomy. O to jakim jesteś człowiekiem nikt ciebie nie zapyta. Nikt nie pytał o to w rodzinie Buddenbrooków przed ponad stu laty i nikt nie pyta dziś – w korporacjach, nastawionych wyłącznie na wysokie zyski przedsiębiorstwach, ale też w firmach rodzinnych, wciąż – tak jak przed wiekiem – podporządkowujących życie wszystkich członków zarabianiu pieniędzy i klasyfikujących ich wartość podług przydatności do pomnażania fortuny. Tomasz Mann ukazuje w swojej powieści właśnie ów konflikt pomiędzy indywidualnym światem sztuki, emocji i wyższych doznań, a światem interesu. Konflikt pomiędzy niezbędną i nieustającą produktywnością, a potrzebą artystycznych doznań, rozwojem osobowości podług własnych potrzeb. Bo potrzeb tych, wbrew chęciom, nie można nikomu narzucić. Czym próby takie się kończą Mann ukazuje z dużą znajomością rzeczy.

Może ta powieść zainspirować współczesnego czytelnika do poszukiwania linii kompromisu pomiędzy koniecznością uczestnictwa w życiu zawodowym, a realizacją osobistych pragnień, bo pozostaje bezsprzecznym, że problemy i dylematy ludzkości są wciąż takie same, zmienia się tylko ich skala i dekoracje, w których się rozgrywają. Znamienne jest za to, że dziś kroczenie w stronę przepaści jest dość dobrze zakamuflowane, a rzesze ludzi są przeświadczone o tym, że wiodą najlepszą możliwą wersję życia. „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny” mogą niejednego czytelnika wytrącić z błogiego przekonania o słuszności swoich (czy na pewno swoich?) wyborów. Tym zaś, którzy przez skórę czują, że życie rzekomo spełnione, oparte przede wszystkim na robieniu kariery, interesów i rozlicznych biznesów, jednak oczekiwanej satysfakcji im nie daje, znajdą może u jednego z największych pisarzy europejskich odpowiedź na pytanie: co im dolega?

Gdyby to ode mnie zależało, to dziś zatytułowałbym to dzieło: „Buddenbrookowie. Dzieje upadku społeczeństw zachodniego kręgu kulturowego” i marzyłbym, aby pozostało ono wyłącznie fikcją literacką.

Tomasz Orwid
Na zdjęciu Jessica Schwarz (Tonia) i Armin Mueller-Stahl (Johann “Jean” Buddenbrook) – kadr z filmu „Buddenbrokowie. Dzieje upadku rodziny”. Fot:materiały prasowe Gutek Film

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o