Modny Kraków

Teatr Stary 230

Narodowy Stary Teatr 230 lat

Dokładnie 17 października 2011 roku przypadła 230. rocznica założenia pierwszego w Krakowie teatru, zwanego dziś Narodowym Starym Teatrem. Każdy jubileusz to okazja do wspomnień. Zapraszamy do lektury naturalistycznej sztuki na trzy głosy, spisanej wiernie z rozmów. Wystąpią aktorzy Starego Teatru we własnych osobach: Tadeusz Malak, związany z Teatrem od 1964 roku, Hanna Smólska, towarzysząca Teatrowi od jego powojennych początków i nieustannie mu bliska, oraz Wiktor Loga-Skarczewski, jako głos czasu obecnego.

Narodowy Stary Teatr 230 lat - Tadeusz Malak

TADEUSZ MALAK
aktor, reżyser. Absolwent Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Poznaniu (1956), w 1958 zdał eksternistyczny egzamin aktorski, w 1973 eksternistyczny egzamin reżyserski.W 2001 roku otrzymał nominację profesorską w dziedzinie sztuki teatralnej.

W Krakowie, w latach 50-tych ubiegłego wieku, gdy zaczynałem pracę, każdy z teatrów miał określony profil repertuarowy. Na ten profil składała się pewnego rodzaju tradycja repertuarowa -podtrzymywana przez środowisko artystyczne. Starsze pokolenie aktorów zawsze przekazywało młodszemu pokoleniu siebie, swoje doświadczenia, ale zawód aktora od pewnego czasu dopiero był kształcony w szkołach.
W Krakowie po 45. roku powstała szkoła teatralna, aby kształcić aktorów. Teatrem numer jeden był Teatr Słowackiego. On robił klasykę, wielką klasykę, taki był jego obowiązek, jakby wynikający z tradycji. Stary Teatr miał repertuar bardziej współczesny, i w latach 50., już głównie dzięki dyrektorowi Krzemińskiemu, zaczął wchodzić i być realizowany repertuar zachodni. Była dzisiejsza Bagatela. Teatr Ludowy, dopiero w 55. roku powstał w Hucie. I był Teatr Rapsodyczny. Teatr Rapsodyczny, to jakby osobny rozdział historii Krakowa. Jego twórcą był Mieczysław Kotlarczyk. Teatr ten powstał w czasie wojny, odwoływał się głównie do wyobraźni człowieka poprzez potęgę żywego słowa. Scenografie były oszczędne, przedstawienia odbywały się początkowo w mieszkaniach, co było wymogiem czasu. Ten Teatr właśnie w tym roku obchodził 70-lecie swojego założenia, a przestał istnieć w roku 1967. Został zamknięty z rozkazu władz, z przyczyn politycznych. Więc każdy teatr miał wtedy swój profil i charakter.
Pierwszy teatr
Sięgam pamięcią do lat 50-tych. Pierwszą sztuką, którą widziałem w Teatrze Starym, była „Dzika Kaczka” Ibsena i „Lato w Nohant” z Zofią Jaroszewską. To były dla mnie wydarzenia! Pobudzały moją wyobraźnię. Teatr musi wzbudzać emocje, choć cudów tam się nie robi – cud się zdarza.
Jak działa spektakl
Teatr spełnia funkcję wychowawczą. Jak szkoła. Ja byłem sześć lat w Teatrze Rapsodycznym. Jeszcze dziś spotykam starych ludzi, którzy ten Teatr oglądali i ze łzami w oczach wspominają, jaki miał on wpływ na ich wyobraźnię.

Narodowy Stary Teatr 230 lat - Hanna Smólska

HANNA SMÓLSKA
aktorka, magister historii sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 1954 roku wierna scenie przy Placu Szczepańskim, stworzyła tu kilkadziesiąt ról, wnosząc swój niepodważalny wkład w największe osiągnięcia Starego Teatru.

My jesteśmy z okresu Władysława Krzemińskiego, który pierwszy stworzył powojenny zespół Starego Teatru. To był mniej więcej maj 1954 roku, kiedy on wracając z Teatru Słowackiego po próbie, akurat jak szłam, powiedział do mnie: „Wiesz, że będę organizował teatr?”, „Wiem”, „Proponuję ci udział w zespole. Zespół ja kształtuję i na pewno będziesz grała i dużo i ciekawie”. I rzeczywiście, ten teatr od razu objawił się na bardzo wysokim poziomie. Jedną z czołowych premier wtedy było „Lato w Nohant” Iwaszkiewicza w reżyserii Romana Zawistowskiego. Grała Zofia Jaroszewska, Zdzisław Mrożewski, Wiktor Sadecki, Halina Kuźniakówna , Basia Horawianka, a Chopina grał Jerzy Kaliszewski, Świetne to były role, ja też tam miałam przyjemność grać, wielkie szczęście.
Pierwszy Wiedeń
W roku 1956 zaproponowano nam wyjazd do Wiednia, na festiwal Wiener Festwochen. Bardzo było to ciekawe i zabawne. Na dworcu była duża grupa dziennikarzy. Przyglądali się nam jak jakimś dziwnym postaciom z innego świata, przyglądali się jak wyglądamy, jak się zachowujemy, jak jesteśmy ubrani. To było zrozumiałe, bo wtedy granica między wschodem a zachodem była kolosalna. Potem nastąpiły znajomości i przyjaźnie. Spektakl „Lato w Nohant” był znakomicie przyjęty i miał świetne recenzje. Byliśmy wstrząśnięci widokiem ulic Wiednia, wspaniałością magazynów, ilością rzeczy, mieliśmy głód rzeczy w komunie, rzeczy ładnych, estetycznych, potrzebnych, niezbędnych.
Władysław Krzemiński
Ja chcę podkreślić rolę Władysława Krzemińskiego. Jest to człowiek moim zdaniem niesłusznie zapomniany, a jego rola w tworzeniu Starego Teatru jest fundamentalna, bo to on stworzył podwaliny tego Teatru. Znakomity zespół udało mu się zorganizować, świetnych reżyserów, to on zaangażował Jerzego Jarockiego, Lidkę Zamkow, Józefa Szajnę, cały szereg znakomitych scenografów – Kantora, Skarżyńskich. Komunistyczne władze miały za złe Krzemińskiemu, że on preferuje amerykańskie sztuki. Wobec tego po 10 latach go zdjęto i dano właśnie Zawistowskiego, po czym znowu Krzemińskiego przywrócono. Miał świetny gust artystyczny, i jako reżyser, i jako kierownik teatru, znał się na literaturze niemieckiej, francuskiej, ale głównie amerykańskiej, był człowiekiem ogromnej kultury, z wielkim poczuciem humoru i miał jeszcze jedną cechę, którą trzeba podkreślić.

Współczesny teatr bardzo mi nie odpowiada, bo wszyscy w nim przedstawiają człowieka od najgorszej strony, jaki jest brzydki, jaki jest niekulturalny, jaki jest zły, jaki jest niemoralny, jaki jest chory…

On bardzo kochał swój zespół, swoich ludzi i swój teatr. Bardzo często gdy graliśmy, i gdy wzrok nasz zaczepił o kulisy, to za ciemną zasłoną boczną pojawiała się sylwetka naszego dyrektora wpatrzonego w grających z zachwytem. Czasem nie był zachwycony i potem robił uwagi, ale na ogół lubił swoich ludzi. I ta jego atmosfera wewnętrzna udzielała się i nam, i do tego mieliśmy coraz więcej sukcesów. Dzięki Władysławowi Krzemińskiemu wykształciło się w Starym Teatrze coś takiego, że tam się biegło jak do drugiego domu, żyliśmy w ogromnie ciepłym koleżeństwie, mimo rywalizacji, mimo nieraz łez.
Pierwszy teatr
Zaczynałam w Teatrze Miejskim w Częstochowie. Przyjechał wtedy wielki reżyser, Edmund Wierciński, który robił „Dwa teatry” Szaniawskiego, to było wielkie przeżycie, spektakl zdecydowanie nowoczesny w formie. A jeszcze wcześniej, przed wojną, w szkole sióstr Nazaretanek zaproponowałam na lekcji polskiego, żeby zagrać, bo był tam taki zwyczaj grania spektakli co roku, żeby zagrać „Lillę Wenedę” Słowackiego. Ja grałam Rosę Wenedę. I tak się zaczęło.
Teatr współczesny
Współczesny teatr bardzo mi nie odpowiada, bo wszyscy w nim przedstawiają człowieka od najgorszej strony, jaki jest brzydki, jaki jest niekulturalny, jaki jest zły, jaki jest niemoralny, jaki jest chory, nie mówiąc o tym, że musi być nagi, i ma być taki, jaki jest w domu, jak się zachowuje źle, jak wchodzi do toalety, wszystko to, co jest poza formą człowieka. Wyrzuca się całkowicie formę.
A ja uważam, że człowiek, skoro ma świadomość, wyobraźnię, umiejętność myślenia i przez wieki żyje w społeczeństwie, tworzy sztukę, że człowiek w gruncie rzeczy jest do zniesienia wtedy, kiedy nakłada na siebie formę: jak siedzieć, jak jeść, jak nie bekać, jak nie rzygać. Kiedy człowiek ma nałożoną formę, wtedy jest przyjemny i łatwiejszy do współżycia. A teraz teatr tego nie uczy. Mimo to chodzę do teatru, jestem na możliwie wszystkich premierach Starego Teatru. Tym bardziej, że mamy dużo wyjątkowych premier, na przykład Krystiana Lupy czy Mikołaja Grabowskiego. A do tego Stary Teatr ma wyjątkowo świetny zespół aktorski.

Narodowy Stary Teatr 230 lat - Wiktor Loga-Skarczewski

WIKTOR LOGA-SKARCZEWSKI
Absolwent Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. L. Solskiego w Krakowie

Pierwszy teatr – „Zemsta” w Myślenickim Ośrodku Kultury. Gdzieś w niepamięci majaczy mi się, że był to gościnnie grany spektakl Teatru Ludowego z Krakowa, ale co do tego nie mam dziś pewności. To było moje pierwsze zetknięcie z wykreowaną scenicznie rzeczywistością. Później z teatrem pożeniła nas nasza polonistka, w pierwszych latach szkoły podstawowej.
Przygotowywaliśmy przedstawienie na amatorski przegląd teatrzyków szkolnych. I tak powstał, na wskroś polski spektakl o wojnie, drzewku i świecącym słoneczku. Stałem w szeregu szumiącej trawy, śpiewałem chórkiem i nie wiedziałem nawet, że właśnie połykam pierwszego teatralnego bakcyla.
Sporo też nasłuchałem się od mojej babci, która za komuny, kiedy każdy teatr zatrudniał na etacie pomoc medyczną, pracowała jako pielęgniarka w Teatrze im. Wyspiańskiego w Katowicach. Opowiadała o aktorach, reżyserach, przedstawieniach, jak to przychodziła do teatru, z moją mamą w wózku, która dostała imię po zachwycającej się nią za każdym razem Ewie Lassek czy też jak przepisywała aktorom scenariusze, bo jako żona górnika, jedna z niewielu, miała w domu maszynę do pisania.
Aktor naturalny
Coraz częściej słyszę, że wartość naszego rzemiosła została zdegradowana. A dlaczego tak się dzieje? Bo dziś kolejne gwiazdy na firmamencie polskiego show-biznesu, „produkowane” i promowane przez liczne stacje telewizyjne, z prawdziwym rzemiosłem nie mają już nic wspólnego, a pozwalają sobie używać tytułu „aktora”, który staje się coraz bardziej wyświechtanym i nic nie znaczącym. Liczy się naturalizm. Nawet castingi są dokonywane w poszukiwaniu określonego typu ludzi, a nie umiejętności. Trzeba być, a nie grać. Przed aktorem nie stawia się zadania, żeby korzystając ze swojego warsztatu, zagrał na przykład garbatego. Po prostu zatrudnia się człowieka z garbem. Nie ma czasu na kreowanie roli.

Z drugiej strony poszukiwania naturalności w zawodowym teatrze, bywają pociągające. I choć nie wiadomo tak naprawdę, w którą stronę zmierzają (aktor na scenie, nigdy do końca nie jest prywatnie), są niesamowicie magnetyczne. Kiedy wszystko faluje, rzeczywistość sceniczna miesza się z tą prawdziwą.
Z perspektywy aktora traktuję takie poszukiwania jak kolejne zadanie. Jeśli jakiś projekt wymaga zanurzenia się w estetykę na przykład teatru elżbietańskiego, to ja oczywiście robię to bez zawahania. Jest dla mnie czymś równie pasjonującym, wejść w świat Krystiana Lupy czy zrobić spektakl z Janem Klatą, który okazuje się mieć niesamowicie formalną i współczesną siłę.

Chciałbym, żebyśmy prowokowali widzów do refleksji, pochylenia się nad poszczególnymi tematami. Żeby nie pozostawić widza obojętnym.

Co zrobić widzowi?
Mam wrażenie, że tak samo jak ja, podejmując pracę nad każdym kolejnym projektem, chciałbym żeby widz przez tę godzinę, dwie trwania przedstawienia skonfrontował się z poruszanym tematem, zadał sobie te same pytania, które my sobie zadawaliśmy przystępując do pracy. Że posłużę się przykładem… „Chopin kontra Szopen” w reżyserii dyrektora, czy „Czekając na Turka”, spektakl również wyreżyserowany przez Mikołaja Grabowskiego.
Tematy, które poruszają mogą być mniej lub bardziej interesujące, mniej lub bardziej kogoś ciekawić, ale na pewno nikogo nie pozostawią obojętnym, kiedy tak jak w Szopenie demitologizujemy tego pomnikowego Chopina i opowiadamy o tym, że był to też człowiek, który normalnie chodził do toalety, jadł, kochał, przeklinał, a nie po raz kolejny przyglądamy się pomnikowemu ideałowi w białych rękawiczkach, czy tak jak w „Turku”, w którym mówimy o otwieraniu granic, otwieraniu się na Europę, wpływie innych państw na naszą gospodarkę, o tym co dotyka najmniejszych z ludzi, w tych naszych codziennych, przyziemnych sprawach, jak zamknięcie granicy powoduje, że starzy szmuglujący przemytnicy nagle tracą swoją „pracę” i co ze sobą robią, jak się muszą w tej rzeczywistości odnaleźć.
Mam wrażenia, że serwując ludziom konkretne zagadnienia, chcielibyśmy prowokować ich do jakiejś refleksji czy też, przynajmniej chwilowego, pochylenia się nad tematem. Byle tylko nie pozostawić widza obojętnym.
Obalić nowoczesność
Po ostatniej, wrocławskiej premierze Krystiana Lupy rozmawiałem z kolegami i zastanawiałem się nad teatralnymi poszukiwaniami. Jak to opisał Łukasz Drewniak, ja też podziwiam Lupę za to, że się odważył , że dokonał eksperymentu, że zabawił się w teatralnego grafficiarza, że zmierza do tego, żeby połamać kręgosłupy moralne i aktorom i widowni. Tylko nawet, jeśli do tego momentu dojdzie i to się stanie, to co dalej? Może wtedy i w nim samym, jako twórcy, zaistnieje taka potrzeba, żeby wrócić do fabułowości spektakli, może wtedy pojawi się kolejny spektakl taki jak „Mistrz i Małgorzata” czy „Bracia Karamazow”.

Zebrał: Leszek Łuczyn
Zdjęcia: Jacek Dyląg

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o